Sabrina zaczęła się budzić.Ze zdumieniem stwierdziła,że leży na czymś twardym,a wokół jest bardzo gorąco.Szczególnie z jednej strony coś grzało ją szczególnie mocno.Zupełnie jakby...
Gwałtownie otworzyła oczy i natychmiast zrozumiała,że nie znajduje się ani we własnym łóżku w pałacu ojca,ani w swoim pokoju w domu matki.Była na pustyni i leżała na ziemi,przywiązana liną do nieznajomego mężczyzny.
Zaraz jednak wszystko sobie przypomniała.Wyruszyła na wymarzoną wyprawę w poszukiwaniu Miasta Złodziei,wpadła w burzę piaskową,straciła konia i wielbłąda,a na koniec została ujęta i związana przez wodza nomadów,który nie wiadomo co miał zamiar z nią zrobić.
Spojrzała w prawo.Zayn wciąż spał,dzięki czemu mogła mu się dokładniej przyjrzeć.Wprost biła od niego siła.Prawdziwy człowiek pustyni.Jej los spoczywał w jego rękach.Niepokoiło ją to,doprowadzało do furii,ale nie wierzyła by jej życie było zagrożone.Nie bała się też o swą cnotę.Było to kompletnie bez sensu,ale przy Zaynie czuła się całkowicie bezpieczna.
Patrzyła na jego gęste rzęsy,na łagodny wyraz ust i silny zarys szczęki.Kim był ten pustynny wódz?
Dlaczego więził ją,zamiast odwieźć do najbliższego miasteczka?
Obudził się.Przez chwilę z wielkiej bliskości patrzyli sobie w oczy.Jedno,co zdołała wyczytać w jego wzroku to rozczarowanie.O co tu chodzi?-pomyślała zdezorientowana.
Zayn spostrzegł,że lina,która ich łączyła,teraz leży luzem na piasku.Wstał, rozwiązał ręce Sabrinie i oznajmił:
-Dostaniesz miseczkę wody do umycia.Jeśli spróbujesz uciekać,tamci ludzie się tobą zajmą.-Ruszył w kierunku swych towarzyszy.
-Jak widzę,rankami tryskasz humorem i miłością do świata-zawołała do jego pleców.
Nie zadał sobie trudu,by jej odpowiedzieć.
-Niech będzie i tak-mruknęła Sabrina.
Potem schowała się pod peleryną i niewielką ilością wody,jaką jej wydzielono,wykonała namiastkę toalety.Potem zbliżyła się do ogniska.Nawet nie spojrzała na jedzenie,bo zwykle robiła się głodna kilka godzin po przebudzeniu.Natomiast tęsknym wzrokiem zapatrzyła się na dzbanek z kawą.Ten zbawczy napój każdego ranka budził ją do życia.
Poszukała wzrokiem Zayna i wskazała dzbanek.Gdy kiwnął głową,wyjęła kubek z torby przy siodle i nalała sobie parującego płynu.Kawa była gorąca i mocna jak szatan.Sabrina poczuła się jak w siódmym niebie.
Zayn podszedł do niej.
-Jak widzę,smakuje ci.Zwykle dla ludzi z Zachodu i dla prawie wszystkich kobiet jest za mocna.
-Dla mnie nie ma za mocnej kawy.
-Myślałem,że pijesz kawę z mlekiem lub cappuccino.
-Do czegoś takiego nawet się nie zbliżam.
Ruchem ręki wskazał jej,by poszła za nim na skraj obozowiska.Gdy się zatrzymali,Zayn oparł dłonie na biodrach i popatrzył na Sabrinę,jakby była nędznym,wzbudzającym obrzydzenie robakiem.
To tyle,jeśli chodzi o miłą pogawędkę przy porannej kawie.
-Trzeba coś z tobą zrobić-stwierdził oschle.
-Naprawdę?A ja myślałam,że zamierzasz przez resztę życia włóczyć się ze mną po pustyni.Byłam pewna,że realizujesz się życiowo,wiążąc mnie i zmuszając do spania na twardej ziemi.
Zayn uniósł brwi.
-Widzę,że masz więcej energii i jesteś w lepszym humorze niż wczoraj.
-Po prostu wypoczęłam i napiłam się kawy.Wbrew temu,co mówią o mnie plotki,mam niewielkie wymagania.
Jego uśmiech znaczył:"Gadaj zdrowa".
-Jeśli chodzi o twoje przyszłe losy,to są trzy możliwości.Możemy cię zabić i zostawić twoje ciało na pustyni,możemy cię sprzedać jako niewolnicę,wreszcie możemy skontaktować się z twoją rodziną i zażądać okupu.
Prawie zakrztusiła się kawą.Nie mogła uwierzyć,że Zayn naprawdę tak myślał.Jednak determinacja,którą usłyszała w jego głosie,przekonała ją,że to nie są żarty.Zdawało jej się,że szanowny pan Zayn,choć niezbyt przyjemny w manierach,w sumie nie jest taki najgorszy,a tu proszę...
Gdyby jednak naprawdę chciał ją zabić,zrobiłby to już wczoraj.Przecież spanie z drugą osobą na sznurku jest tak samo niewygodne dla obu stron.Sabrina wyraźnie nabrała otuchy.
-Możemy odsłonić bramkę numer cztery?-rzuciła lekko,jakby przekomarzała się,a nie walczyła o swoją przyszłość.
-Nigdzie jej tu nie widzę-z miejsca skontrował oschle Zayn.
Niedobrze,pomyślała Sabrina.
-Proponuję,byśmy wykluczyli opcję z zabijaniem.-Gdy wódz nomadów nie zareagował,dodała:-Zaznaczam też,że kompletnie nie nadaję się na niewolnicę.Handlowa wartość równa zeru,bez dwóch zdań.
-Bez obaw.Dobre bicie wiele zmieni.
-A złe bicie?
-Co wybierasz?
-Dobre czy złe bicie?Dziękuję,ale nie chcę żadnego.
Wprost nie wierzyła,że stoją na środku bahańskiej pustyni i dyskutują,jakie cielesne plagi mają spaść na biedną niewolnicę.
-Czyżbyś nie zrozumiała,że nie chodzi o bicie?-Zayn spojrzał na nią jak na osobę ułomną na umyśle.-Pytam,którą z trzech możliwości wybierasz.
-Naprawdę mogę wybierać?Co za demokracja.
-Chcę być w porządku wobec ciebie.
-Doceniam twoje wysiłki.-Nie do końca udało jej się ukryć sarkazm.-Daj mi więc konia,trochę wody i jedzenia,i wskaż kierunek,w którym powinnam pojechać.
-Straciłaś już swojego konia i wielbłąda.Dlaczego miałbym ci powierzać swoją własność?
Zapadło milczenie.Do Sabriny z całą mocą dotarło,że naprawdę walczy o życie i wolność.Niby to wiedziała,ale zdawało się jej nierealne,nierzeczywiste.Lecz teraz...
-Nie wybieram śmieci.Nie chcę też zostać niewolnicą.
Wróci więc do pałacu i poślubi księcia trolli.Tylko to jej pozostało.
Ojciec,choć miał ją za nic,zapłaci okup,bo inaczej nie mógł postąpić.Nawet władca absolutny musi się liczyć z opinią poddanych.
Zadumała się smutno.Dla ojca była mniej warta niż jego ukochane koty czy wierzchowce,i tylko dlatego jej pomaże,by ta prawda nie wyszła na jaw.Zayn jednak o tym nie wiedział.Sabrina zrozumiała,że nie ma wyboru.Musi powiedzieć mu,kim jest,i liczyć na to,że wódz nomadów okaże się lojalnym poddanym swego króla.
Wtedy Sabrina wróci do pałacu i wreszcie będzie mogła poważnie zająć się zaręczynami z księciem trolli.
Wyprostowała się, dumnie uniosła głowę i rzekła z iście królewskim majestatem:
-Jestem Sabra,księżniczka Bahanii.Nie masz prawa mnie więzić ani decydować o moim losie.Żądam,byś mnie natychmiast odwiózł do pałacu,bo inaczej wyznam mojemu ojcu,jak mnie traktowałeś.Wtedy król Hassan zapoluje na ciebie i na twoich ludzi jak na psy,którymi zresztą jesteście.
-Nie wyglądasz na księżniczkę.A nawet jeśli nią jesteś,to co robisz sama na pustyni?
-Mówiłam ci już,szukam Miasta Złodziei.Chciałam je odnaleźć i zadziwić ojca skarbami,jakie tam znajdę.
Taka była prawda.Pragnęła odnaleźć legendarne miasto i dokładnie je zbadać.Miała też inny,doraźny cel.Gdyby odniosła sukces,ojciec zacząłby ją szanować,a wtedy być może udałoby się odkręcić tę historię z zaręczynami.
-Nawet jeżeli naprawdę jesteś księżniczką,w co wątpię,to dlaczego wyruszyłaś sama na pustynię?Przecież to zabronione.-Zmrużył oczy.-Chociaż z drugiej strony mówią,że księżniczka jest samowolna,uparta i ma trudny charakter.Może więc jednak nią jesteś.
Choć nie była płaczliwą mimozą,poczuła w oczach łzy.Oczywiście nie dała tego po sobie poznać,ale zrobiło się jej bardzo przykro.Oto znów ktoś zarzuca jej wszystko co najgorsze,nic przy tym nie wiedząc.To prawda,nie była osobą potulną,to prawda,sprawiała kłopoty.Jednak nie robiła tego ze złośliwości,lecz dlatego,by wywalczyć sobie jakieś miejsce w świecie.Co z tego,że była księżniczką,skoro rodzice jej nie chcieli i podrzucali sobie wzajemnie niczym kłopotliwe pisklę.Co z tego,że była bogata,skoro w dzieciństwie najczęściej towarzyszyła jej samotność....
Czy jednak Zayn jej uwierzy?A jeśli nawet,w ogóle się tym nie przejmie.Milczała więc.
On zaś spojrzał na nią z namysłem.
-Przemyślałem twoje słowa.Wierzę ci.
Sabrina odetchnęła z niewymowną ulgą.
-W takim razie ruszajmy do pałacu mojego ojca.
-Nie.Jeszcze nie miałem niewolnicy z królewskiego rodu,a musi być to bardzo zabawne.Dlatego cię zatrzymam na jakiś czas.
Czyżby śnił się jej koszmar?Niestety to była jawa...
-Nie...nie możesz tego zrobić!
-Owszem,mogę.-Ze śmiechem podszedł do ogniska.Sabrina szybko się otrząsnęła.Nie,nie bała się.Cała była jedną wielką furią.
-Zgnijesz za to w lochach!-krzyknęła.-Zetrę ci ten uśmieszek.Będziesz tego gorzko żałował!
Odwrócił się i spojrzał na nią.
-Wiem.Do końca moich dni.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
CZYTASZ=KOMENTUJESZ;*
Ona-szuka miłości.On-twierdzi,że miłość została wymyślona przez kobiety.Czy ona usłyszy z jego ust "Kocham Cię"?
niedziela, 14 września 2014
sobota, 13 września 2014
Uwaga!
Zmieniam nazwę bloga z Love na Abduction. To chyba tyle i nowy rozdział pojawi się prawdopodobnie jutro.Pa pa;*
czwartek, 28 sierpnia 2014
Rozdział 5
Powinna stanowczo odmówić,jednak głód przeważył.Pochyliła głowę i wzięła zębami mięso z palców nieznajomego,uważając,by nie dotknąć ustami jego ręki.
-Nazywam się Zayn.A ty?
Nie wiedzieć dlaczego,nie chciała mu powiedzieć,kim jest.
-Sabrina.-Miała nadzieję,że Zayn nie skojarzy tego imienia z Sabrą,księżniczką Bahanii.-Kiedy Cię słucham,trudno mi uwierzyć,że jesteś nomadą.
-A jednak nim jestem.-Podał jej kolejny kawałek mięsa.
-Musiałeś chodzić do szkoły w Anglii albo w Stanach Zjednoczonych.
-Dlaczego tak myślisz?
-Zdradza to sposób,w jaki się wysławiasz.Dobór słów,składnia...
Jeden kącik jego ust uniósł się do góry.
-Co taki ktoś może wiedzieć o składni?
-Bez względu na to,co o mnie myślisz,nie jestem idiotką.Studiowałam i znam się na różnych rzeczach.
-Na jakich rzeczach,mój pustynny ptaszku?
-Ja,och...-Co się z nią działo?Nagle poczuła zamęt w głowie.Zdało się jej,że Zayn przenika jej duszę,zawłaszcza...
Podał jej następny kęs.Tym razem jednak Sabrina nie była wystarczająco ostrożna i poczuła na wardze muśnięcie palca Zayna.Coś w niej drgnęło.Trucizna,pomyślała w panice.Musiał dodać trucizny do jedzenia.
Skoro i tak mam umrzeć,to przynajmniej z pełnym brzuchem,pomyślała w desperacji i zjadła wszystko do końca.Wtedy Zayn podał jej drugi kubek wody.Była pewna.że nomada wróci do siedzących wokół ognia towarzyszy,jednak nadal tkwił przy niej,wpatrując się badawczo w jej twarz.
Wiedziała,że wygląda okropnie.Rozczochrane włosy,pobrudzone policzki,żadnego makijażu...
O czym ja myślę?Zamierzam kokietować porywacza?!-obruszyła się w duchu.
-Kim jesteś?-zapytał cicho, patrząc jej w oczy.-Co robiłaś sama na pustyni?
Najedzona,nie czuła się tak przestraszona i bezbronna.W pierwszej chwili chciała skłamać,ale nigdy nie była w tym dobra.Mogła również odmówić odpowiedzi,ale niewzruszone spojrzenie Zayna miało w sobie coś zniewalającego.Uznała,że najprościej będzie powiedzieć prawdę.A przynajmniej jej część.
-Szukam zaginionego Miasta Złodziei.
Spodziewała się niedowierzania lub zaciekawienia,nie przewidziała jednak,że Zayn po prostu wybuchnie gromkim śmiechem.
-Proszę bardzo,śmiej się,na zdrowie-rzuciła ostro.-To miasto naprawdę istnieje.Wiem,gdzie się znajduje,i mam zamiar je odnaleźć.
-Miasto Złodziei jest tylko legendą.-Zayn spoważniał.-Poszukiwacze przygód szukają go bezskutecznie od stuleci.Myślisz,że akurat ty je znajdziesz,mimo,że tylu innych nie dało rady?
-Niektórzy tam dotarli.Mam mapy i dzienniki z zapiskami.
-A gdzie są te twoje mapy i dzienniki?-spytał ze słodką ironią.
-W torbie przytroczonej do siodła-fuknęła ze złością.
-Które zniknęło wraz z twoim koniem.
-Tak.
-Oto więc mamy zagadkę:czy coś,co nie istnieje,łatwiej znaleźć z mapą i zapiskami,czy też bez nich?
Sabrina zacisnęła pięści.
-Miasto Złodziei istnieje!
-Nie zamierzasz więc zrezygnować?
-Nie poddaję się tak łatwo.Przysięgam,że wrócę tu i je znajdę.
Zayn wstał i popatrzył na nią z wysoka.
-Podziwiam twoje zdecydowanie.Jednak twój plan ma jeden słaby punkt.
-To znaczy?
-Żebyś mogła gdziekolwiek wrócić,najpierw muszę cię uwolnić. ~~*~~
Leżeli obok siebie na piasku pod czarnym nieboskłonem.Sabrina wierciła się niemiłosiernie.Co z tego,że Zayn rozwiązał jej nogi,skoro ręce nadal miała skrępowane,a koniec sznura uwiązano do pasa wodza nomadów.Zayn bał się jednak,że ta impulsywna kobieta przy pierwszej okazji gotowa jest pognać na oślep w bezkresną pustynię.
Gdy wiązał sznur do pasa,zasyczała:
-To żałosne,co robisz.Jest środek nocy,wokół pustynia.Dokąd mogłabym pójść?Masz mnie natychmiast rozwiązać.
-Cóż za władczy ton-zadrwił.-Jeśli nie zamilkniesz,zaknebluję cię,a zapewniam po pewnym czasie robi się to bardzo nie przyjemne.
Usłyszał,jak gwałtownie wciągnęła powietrze,lecz nie powiedziała już ani słowa,tylko owinęła się szczelniej swoją grubą peleryną.Temperatura ciągle spadała.Zayn wiedział,że za jakiś czas Sabrina z radością przysunie się do niego,by ogrzać się jego ciepłem.Gdyby zostawił ją samą,przed świtem dygotałaby z zimna.Wątpił jednak,by mu za to podziękowała.Kobiety rzadko okazywały się rozsądne.Już prędzej uwierzyłby,że wygra w kasynie,niż w to,że nie będzie próbowała ucieczki.Dlatego musiała spać ze związanymi rękami.Wprost nie mógł uwierzyć,że wyruszyła samotnie w bezkresną pustkę.Brawura Wynikająca z pasji poszukiwawczych czy zwyczajna głupota?
Gdy dostrzegł samotną postać zagubioną wśród piasków,był wstrząśnięty.Wraz z towarzyszami,zgodnie z odwiecznym prawem pustyni,natychmiast ruszył na pomoc.Zdumiał się jeszcze bardziej,gdy okazało się,że jest to kobieta.Wprost oniemiał,kiedy ujrzał jej twarz.
Rozpoznał Sabrinę Johnson vel Sabrę,księżniczkę Bahanii,jedyną córkę króla Hassana.Uosabiała to wszystko,czego Zayn najbardziej się obawiał.Była uparta,samowolna,trudna i zepsuta,a jakby tego było mało,inteligencją przerastała ją nawet palma daktylowa.
Najprościej byłoby odwieźć ją do pałacu ojca,choć Zayn wiedział,że król nie zrobi nic,co mogłoby wpłynąć na poprawę jej charakteru.Mówiono,że Hassan nie zajmował się jedynaczką i godził się,by większą część roku spędzała w Kalifornii ze swoją matką.Bez wątpienia była tak samo rozwydrzona i zdemoralizowana jak eksmałżonka króla.
Patrząc na rozgwieżdżone niebo,zadumał się głęboko.Zayn należał do świata rządzonego przez odwieczną tradycję,zarazem jednak był dzieckiem nowego wieku.Uwięziony między skrajnościami,zawsze próbował znaleźć właściwą drogę i zachowywać się odpowiednio do sytuacji. Akceptował różne rzeczywistości,nigdy jednak nie tracił głębokiego poczucia tożsamości i wiedział,skąd się wywodzi.
Jednak z Sabriną było inaczej.Marnowała swoje życie w Beverly Hills,romansując i oddając się nie wiadomo jak zdrożnym przyjemnościom.Tak żyły niektóre młode kobiety z Zachodu i nikt o nich nie mówił,że niszczą swą przyszłość.Tamta cywilizacja pozwalała na taki styl życia,a piękne i wyzwolone kobiety były jej ozdobą i miały należne sobie miejsce.
Jednak Sabrina,choć naśladowała takie życie,nie należała do tamtego świata.Bo tylko udawała,że jest stamtąd.Na nic innego nie było jej stać,jako że miała serce i duszę rozpuszczonego dziecka,a nie dorosłej kobiety,która wie,gdzie przynależy i do czego zmierza.
Zarazem nie należała do ludu pustyni,z którego wywodził się jej ród.Nie rozumiała,a nawet w ogóle nie znała odwiecznych tradycji,które nie pozwalały zapomnieć,skąd się jest.Sabrina nie pasowała ani tu,ani tam,i do niczego się nie nadawała.Gdyby życie było sprawiedliwe,mógłby ją po prostu odwieźć do pałacu jej ojca i na tym wszystko by się zakończyło.
Niestety,życie nie było sprawiedliwe i właśnie tego jednego Zayn zrobić nie mógł.Była to cena,jaką musiał płacić za to,że był przywódcą.
Sabrina przewróciła się na plecy,naprężając linę,którą byli związani.Zayn leżał bez ruchu.Dziewczyna westchnęła rozgoryczona,ale milczała.Po jakimś czasie jej oddech uspokoił się i wyrównał.Zasnęła.
Jutro Zayn będzie musiał zdecydować,co z nią dalej robić.A może w głębi ducha już zdecydował?
Sabrina nie zareagowała w jakiś szczególny sposób na jego imię,najpewniej więc dotąd ukrywano je przed nią.Zayn uśmiechnął się.Nie zdradzi jej,co ono dla niej znaczy.W każdym razie jeszcze nie teraz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam.Wiem,że dawno nic nie dodawałam,ale są wakacje;)
Rozdział mi się podoba,ale jest taki jakby #ZabrinaMoment,albo #SaynMoment.
Do następnego:* + rozdział nie sprawdzony...
CZYTASZ=KOMENTUJESZ
-Nazywam się Zayn.A ty?
Nie wiedzieć dlaczego,nie chciała mu powiedzieć,kim jest.
-Sabrina.-Miała nadzieję,że Zayn nie skojarzy tego imienia z Sabrą,księżniczką Bahanii.-Kiedy Cię słucham,trudno mi uwierzyć,że jesteś nomadą.
-A jednak nim jestem.-Podał jej kolejny kawałek mięsa.
-Musiałeś chodzić do szkoły w Anglii albo w Stanach Zjednoczonych.
-Dlaczego tak myślisz?
-Zdradza to sposób,w jaki się wysławiasz.Dobór słów,składnia...
Jeden kącik jego ust uniósł się do góry.
-Co taki ktoś może wiedzieć o składni?
-Bez względu na to,co o mnie myślisz,nie jestem idiotką.Studiowałam i znam się na różnych rzeczach.
-Na jakich rzeczach,mój pustynny ptaszku?
-Ja,och...-Co się z nią działo?Nagle poczuła zamęt w głowie.Zdało się jej,że Zayn przenika jej duszę,zawłaszcza...
Podał jej następny kęs.Tym razem jednak Sabrina nie była wystarczająco ostrożna i poczuła na wardze muśnięcie palca Zayna.Coś w niej drgnęło.Trucizna,pomyślała w panice.Musiał dodać trucizny do jedzenia.
Skoro i tak mam umrzeć,to przynajmniej z pełnym brzuchem,pomyślała w desperacji i zjadła wszystko do końca.Wtedy Zayn podał jej drugi kubek wody.Była pewna.że nomada wróci do siedzących wokół ognia towarzyszy,jednak nadal tkwił przy niej,wpatrując się badawczo w jej twarz.
Wiedziała,że wygląda okropnie.Rozczochrane włosy,pobrudzone policzki,żadnego makijażu...
O czym ja myślę?Zamierzam kokietować porywacza?!-obruszyła się w duchu.
-Kim jesteś?-zapytał cicho, patrząc jej w oczy.-Co robiłaś sama na pustyni?
Najedzona,nie czuła się tak przestraszona i bezbronna.W pierwszej chwili chciała skłamać,ale nigdy nie była w tym dobra.Mogła również odmówić odpowiedzi,ale niewzruszone spojrzenie Zayna miało w sobie coś zniewalającego.Uznała,że najprościej będzie powiedzieć prawdę.A przynajmniej jej część.
-Szukam zaginionego Miasta Złodziei.
Spodziewała się niedowierzania lub zaciekawienia,nie przewidziała jednak,że Zayn po prostu wybuchnie gromkim śmiechem.
-Proszę bardzo,śmiej się,na zdrowie-rzuciła ostro.-To miasto naprawdę istnieje.Wiem,gdzie się znajduje,i mam zamiar je odnaleźć.
-Miasto Złodziei jest tylko legendą.-Zayn spoważniał.-Poszukiwacze przygód szukają go bezskutecznie od stuleci.Myślisz,że akurat ty je znajdziesz,mimo,że tylu innych nie dało rady?
-Niektórzy tam dotarli.Mam mapy i dzienniki z zapiskami.
-A gdzie są te twoje mapy i dzienniki?-spytał ze słodką ironią.
-W torbie przytroczonej do siodła-fuknęła ze złością.
-Które zniknęło wraz z twoim koniem.
-Tak.
-Oto więc mamy zagadkę:czy coś,co nie istnieje,łatwiej znaleźć z mapą i zapiskami,czy też bez nich?
Sabrina zacisnęła pięści.
-Miasto Złodziei istnieje!
-Nie zamierzasz więc zrezygnować?
-Nie poddaję się tak łatwo.Przysięgam,że wrócę tu i je znajdę.
Zayn wstał i popatrzył na nią z wysoka.
-Podziwiam twoje zdecydowanie.Jednak twój plan ma jeden słaby punkt.
-To znaczy?
-Żebyś mogła gdziekolwiek wrócić,najpierw muszę cię uwolnić. ~~*~~
Leżeli obok siebie na piasku pod czarnym nieboskłonem.Sabrina wierciła się niemiłosiernie.Co z tego,że Zayn rozwiązał jej nogi,skoro ręce nadal miała skrępowane,a koniec sznura uwiązano do pasa wodza nomadów.Zayn bał się jednak,że ta impulsywna kobieta przy pierwszej okazji gotowa jest pognać na oślep w bezkresną pustynię.
Gdy wiązał sznur do pasa,zasyczała:
-To żałosne,co robisz.Jest środek nocy,wokół pustynia.Dokąd mogłabym pójść?Masz mnie natychmiast rozwiązać.
-Cóż za władczy ton-zadrwił.-Jeśli nie zamilkniesz,zaknebluję cię,a zapewniam po pewnym czasie robi się to bardzo nie przyjemne.
Usłyszał,jak gwałtownie wciągnęła powietrze,lecz nie powiedziała już ani słowa,tylko owinęła się szczelniej swoją grubą peleryną.Temperatura ciągle spadała.Zayn wiedział,że za jakiś czas Sabrina z radością przysunie się do niego,by ogrzać się jego ciepłem.Gdyby zostawił ją samą,przed świtem dygotałaby z zimna.Wątpił jednak,by mu za to podziękowała.Kobiety rzadko okazywały się rozsądne.Już prędzej uwierzyłby,że wygra w kasynie,niż w to,że nie będzie próbowała ucieczki.Dlatego musiała spać ze związanymi rękami.Wprost nie mógł uwierzyć,że wyruszyła samotnie w bezkresną pustkę.Brawura Wynikająca z pasji poszukiwawczych czy zwyczajna głupota?
Gdy dostrzegł samotną postać zagubioną wśród piasków,był wstrząśnięty.Wraz z towarzyszami,zgodnie z odwiecznym prawem pustyni,natychmiast ruszył na pomoc.Zdumiał się jeszcze bardziej,gdy okazało się,że jest to kobieta.Wprost oniemiał,kiedy ujrzał jej twarz.
Rozpoznał Sabrinę Johnson vel Sabrę,księżniczkę Bahanii,jedyną córkę króla Hassana.Uosabiała to wszystko,czego Zayn najbardziej się obawiał.Była uparta,samowolna,trudna i zepsuta,a jakby tego było mało,inteligencją przerastała ją nawet palma daktylowa.
Najprościej byłoby odwieźć ją do pałacu ojca,choć Zayn wiedział,że król nie zrobi nic,co mogłoby wpłynąć na poprawę jej charakteru.Mówiono,że Hassan nie zajmował się jedynaczką i godził się,by większą część roku spędzała w Kalifornii ze swoją matką.Bez wątpienia była tak samo rozwydrzona i zdemoralizowana jak eksmałżonka króla.
Patrząc na rozgwieżdżone niebo,zadumał się głęboko.Zayn należał do świata rządzonego przez odwieczną tradycję,zarazem jednak był dzieckiem nowego wieku.Uwięziony między skrajnościami,zawsze próbował znaleźć właściwą drogę i zachowywać się odpowiednio do sytuacji. Akceptował różne rzeczywistości,nigdy jednak nie tracił głębokiego poczucia tożsamości i wiedział,skąd się wywodzi.
Jednak z Sabriną było inaczej.Marnowała swoje życie w Beverly Hills,romansując i oddając się nie wiadomo jak zdrożnym przyjemnościom.Tak żyły niektóre młode kobiety z Zachodu i nikt o nich nie mówił,że niszczą swą przyszłość.Tamta cywilizacja pozwalała na taki styl życia,a piękne i wyzwolone kobiety były jej ozdobą i miały należne sobie miejsce.
Jednak Sabrina,choć naśladowała takie życie,nie należała do tamtego świata.Bo tylko udawała,że jest stamtąd.Na nic innego nie było jej stać,jako że miała serce i duszę rozpuszczonego dziecka,a nie dorosłej kobiety,która wie,gdzie przynależy i do czego zmierza.
Zarazem nie należała do ludu pustyni,z którego wywodził się jej ród.Nie rozumiała,a nawet w ogóle nie znała odwiecznych tradycji,które nie pozwalały zapomnieć,skąd się jest.Sabrina nie pasowała ani tu,ani tam,i do niczego się nie nadawała.Gdyby życie było sprawiedliwe,mógłby ją po prostu odwieźć do pałacu jej ojca i na tym wszystko by się zakończyło.
Niestety,życie nie było sprawiedliwe i właśnie tego jednego Zayn zrobić nie mógł.Była to cena,jaką musiał płacić za to,że był przywódcą.
Sabrina przewróciła się na plecy,naprężając linę,którą byli związani.Zayn leżał bez ruchu.Dziewczyna westchnęła rozgoryczona,ale milczała.Po jakimś czasie jej oddech uspokoił się i wyrównał.Zasnęła.
Jutro Zayn będzie musiał zdecydować,co z nią dalej robić.A może w głębi ducha już zdecydował?
Sabrina nie zareagowała w jakiś szczególny sposób na jego imię,najpewniej więc dotąd ukrywano je przed nią.Zayn uśmiechnął się.Nie zdradzi jej,co ono dla niej znaczy.W każdym razie jeszcze nie teraz.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam.Wiem,że dawno nic nie dodawałam,ale są wakacje;)
Rozdział mi się podoba,ale jest taki jakby #ZabrinaMoment,albo #SaynMoment.
Do następnego:* + rozdział nie sprawdzony...
CZYTASZ=KOMENTUJESZ
wtorek, 29 lipca 2014
Rozdział 4
-Co robisz?!Dlaczego chcesz mnie związać?Przecież nigdzie się stąd nie ruszę.
-Zamierzam dopilnować, by tak się stało.
Mimo wściekłego oporu,po krótkiej chwili miała związane ręce.Wciąż się szarpiąc,Sabrina zachwiała się w siodle.Nomada chwycił ją za ubranie na piersiach,rzucił na piasek i związał nogi w kostkach.
-Poleż tu jakiś czas.-Wziął konia za uzdę i poprowadził w stronę obozowiska.
-Co takiego?!-Zaczęła się wściekle rzucać na piasku.-Nie możesz mnie tu zostawić.
-A ja myślę,że mogę.-Spojrzał na nią brązowymi oczami i uśmiechnął się.
Poszedł do pozostałych nomadów i powiedział coś,co przywitali śmiechem.Sabrina wpadła w ostateczną furię.Szarpała więzy,kopała piasek,złorzeczyła.Przy pierwszej okazji ucieknie i odnajdzie drogę do Bahanii,a wtedy tego drania rozstrzelają.Albo powieszą.A najlepiej jedno i drugie naraz.Ojciec,choć miał ją prawie za nic,nie przepuści takiej zniewagi.Ktoś śmiał porwać jego córkę!
Wciąż wyklinając wszystkich nomadów do siódmego pokolenia,przekręciła się na piasku,by nie widzieć ogniska.Tam była woda i jedzenie,a ona wprost konała z głodu i pragnienia. Zastanawiała się,czy naprawdę ma zamiar poskąpić jej kolacji.
Jakim potworem musiałby być,żeby to zrobić?
Pustynnym potworem,odpowiedziała sobie.Dla mężczyzn takich jak on kobieta jest jedynie kolejną pozycją w inwentarzu.
-Już lepiej byłoby mi z księciem trolli-mruknęła.
Poczuła piekące łzy,ale nie pozwoliła sobie na płacz.Nigdy nie okazywała słabości.Przysięgła,że znajdzie dość siły,by przeżyć,a potem się zemścić.Zamknęła oczy,by wyobrazić sobie,że znajduje się gdzie indziej.
Wiatr ciągle przywiewał zapachy szykowanego ogniu jedzenia,doprowadzając Sabrinę do szaleństwa.Doszło do tego,że po raz pierwszy w życiu zatęskniła za pałacem.Wprawdzie ojciec ją ignorował,a bracia jedynie wtedy,gdy chcieli się z nią podrażnić.Ale czy naprawdę było to aż takie złe?
A potem przypomniała sobie,co stało się wczoraj.Ojciec,król Bahanii,oznajmił,że zaręczył Sabrinę.Najpierw doznała szoku,potem wpadła w złość.
Gdy nieco ochłonęła,spytała:
-Nie mówisz tego poważnie,prawda?
-Ależ jestem jak najbardziej poważny.Masz dwadzieścia dwa lata i przekroczyłaś już wiek ,w którym powinnaś wyjść za mąż.
-W zeszłym miesiącu skończyłam 23-poprawiła go ze złością-Poza tym żyjemy we współczesnym świecie ,a nie w średniowiecznej Europie.,
-Wiem gdzie żyję i który mamy wiek.Jesteś jednak ,moją córką i wyjdziesz za mąż za mężczyznę,którego dla ciebie wybrałem.Jesteś księżniczką Bahanii i ten ślub ma znaczenie polityczne.
Nawet nie wiedział,ile Sabrina ma lat,a uważał,że potrafi wybrać jej dobrego męża.Dobrego?W ogóle się nad tym nie zastanawiał.Wypatrzył jakąś polityczną korzyść,dla której postanowił wydać córkę za obleśnego starucha z 3 żonami i cuchnącym oddechem.Była pewna,że taki jest jej oblubieniec.
Ojciec potraktował ją jak przedmiot,który ma swoją cenę. W tym przypadku mogło chodzić o korzystną umowę z sąsiednim państwem,sojusz polityczny zmieniający układ sił w regionie czy coś w tym stylu.Dlatego przypomniał sobie o córce,którą nie zajmował się przez 23 lata.Gdy przyjeżdżała do Bachanii na wakacje,prawie z nią nie rozmawiał,nigdy też , w przeciwieństwie do braci,nie zabierał jej w podróże ani nie dzwonił,kiedy wracała do matki,do Kalifornii,gdzie chodziła do szkoły.Jak mógł więc przypuszczać,że będzie mu posłuszna?
Nie chciała się spotykać z księciem trolli,jak w myślach nazwała wybranego przez ojca narzeczonego,dlatego uciekła na pustynię,by odnaleźć Miasto Złodziei.Nadzieje się nie spełniły,a zamiast tego została schwytana przez nomadów.Może ten książę trolli nie był jednak taki najgorszy?
-O czym myślisz?-usłyszała nagle.
Gdy otworzyła oczy,ujrzała,że przywódca nomadów stoi tuż przed nią.
-Planowałam wakacje,lecz inaczej je sobie wyobrażałam.
Odkrył głowę,a na sobie tylko bawełniane spodnie i tunikę,lecz wyglądał tak samo imponująco i groźnie.Jego sylwetka była doskonale widoczna na tle czarnego nieba.Sabrina,mimo że z całego serca nienawidziła swego prześladowcy,po prostu musiała go podziwiać.
-Masz odwagę wielbłąda-powiedział.
-Serdeczne dzięki.Wiem jak tchórzliwe są wielbłądy.
-Ach,więc coś jednak wiesz o pustyni.W takim razie co powiesz o odwadze pustynnego lisa?
-Przecież one wciąż uciekają.
-Rozumiesz więc o co mi chodzi.
Najchętniej pokazałaby mu język.
-Przyniosłem ci coś.
W tej chwili dotarły do niej wspaniałe zapachy.
-Kolacja?-starała się,by nadzieja nie brzmiała w jej głosie.
-Tak.-przykucnął,odstawił talerz i kubek na piasek,a potem pomógł jej usiąść.-Nie wiem jednak,czy mogę ci zaufać na tyle by cię rozwiązać.
Walczyła za sobą,by nie rzucić się na talerz i nie jeść z niego jak jakiś pies,a na myśl o wodzie gardło zapiekło ją jak rana.
-Przysięgam,że nie będę próbowała uciec.
Nomada usiadł na piasku obok niej.
-Dlaczego miałbym ci wierzyć?Wiem o tobie tylko tyle,że byle pchła jest do ciebie mądrzejsza.
-Mam dość tych zwierzęcych porównań.-Sabrina zmrużyła oczy.-To prawda ,straciłam konia i wielbłąda,ale nie ze swojej winy.Kiedy zbliżała się burza,próbowałam je uwiązać,a sama owinęłam się peleryną i usiadłam w kucki.Przeżyłam dzięki zdrowemu rozsądkowi.
-I również dzięki niemu znalazłaś się tu zupełnie sama?-podniósł z ziemi kubek.-A może podyskutujemy o utracie konia i wielbłąda?
-Niekoniecznie.-pochyliła się w stronę kubka,który nomada wyciągnął w jej stronę.
Woda była zimna i czysta.Sabrina łapczywie wypiła życiodajny płyn.
Potem przyszła pora na jedzenie.Nomada podniósł talerz.
-Naprawdę zamierzasz mnie karmić?-uniosła skrępowane ręce.-Jeżeli nie chcesz mnie rozwiązać, to przynajmniej pozwól mi jeść samej.-myśl,że całkiem obcy człowiek będzie dotykał jej jedzenia,wydawała się dziwaczna i niepokojąca.
-Zrób mi ten zaszczyt-zakpił i wziął z talerza kawałek mięsa.
-Zamierzam dopilnować, by tak się stało.
Mimo wściekłego oporu,po krótkiej chwili miała związane ręce.Wciąż się szarpiąc,Sabrina zachwiała się w siodle.Nomada chwycił ją za ubranie na piersiach,rzucił na piasek i związał nogi w kostkach.
-Poleż tu jakiś czas.-Wziął konia za uzdę i poprowadził w stronę obozowiska.
-Co takiego?!-Zaczęła się wściekle rzucać na piasku.-Nie możesz mnie tu zostawić.
-A ja myślę,że mogę.-Spojrzał na nią brązowymi oczami i uśmiechnął się.
Poszedł do pozostałych nomadów i powiedział coś,co przywitali śmiechem.Sabrina wpadła w ostateczną furię.Szarpała więzy,kopała piasek,złorzeczyła.Przy pierwszej okazji ucieknie i odnajdzie drogę do Bahanii,a wtedy tego drania rozstrzelają.Albo powieszą.A najlepiej jedno i drugie naraz.Ojciec,choć miał ją prawie za nic,nie przepuści takiej zniewagi.Ktoś śmiał porwać jego córkę!
Wciąż wyklinając wszystkich nomadów do siódmego pokolenia,przekręciła się na piasku,by nie widzieć ogniska.Tam była woda i jedzenie,a ona wprost konała z głodu i pragnienia. Zastanawiała się,czy naprawdę ma zamiar poskąpić jej kolacji.
Jakim potworem musiałby być,żeby to zrobić?
Pustynnym potworem,odpowiedziała sobie.Dla mężczyzn takich jak on kobieta jest jedynie kolejną pozycją w inwentarzu.
-Już lepiej byłoby mi z księciem trolli-mruknęła.
Poczuła piekące łzy,ale nie pozwoliła sobie na płacz.Nigdy nie okazywała słabości.Przysięgła,że znajdzie dość siły,by przeżyć,a potem się zemścić.Zamknęła oczy,by wyobrazić sobie,że znajduje się gdzie indziej.
Wiatr ciągle przywiewał zapachy szykowanego ogniu jedzenia,doprowadzając Sabrinę do szaleństwa.Doszło do tego,że po raz pierwszy w życiu zatęskniła za pałacem.Wprawdzie ojciec ją ignorował,a bracia jedynie wtedy,gdy chcieli się z nią podrażnić.Ale czy naprawdę było to aż takie złe?
A potem przypomniała sobie,co stało się wczoraj.Ojciec,król Bahanii,oznajmił,że zaręczył Sabrinę.Najpierw doznała szoku,potem wpadła w złość.
Gdy nieco ochłonęła,spytała:
-Nie mówisz tego poważnie,prawda?
-Ależ jestem jak najbardziej poważny.Masz dwadzieścia dwa lata i przekroczyłaś już wiek ,w którym powinnaś wyjść za mąż.
-W zeszłym miesiącu skończyłam 23-poprawiła go ze złością-Poza tym żyjemy we współczesnym świecie ,a nie w średniowiecznej Europie.,
-Wiem gdzie żyję i który mamy wiek.Jesteś jednak ,moją córką i wyjdziesz za mąż za mężczyznę,którego dla ciebie wybrałem.Jesteś księżniczką Bahanii i ten ślub ma znaczenie polityczne.
Nawet nie wiedział,ile Sabrina ma lat,a uważał,że potrafi wybrać jej dobrego męża.Dobrego?W ogóle się nad tym nie zastanawiał.Wypatrzył jakąś polityczną korzyść,dla której postanowił wydać córkę za obleśnego starucha z 3 żonami i cuchnącym oddechem.Była pewna,że taki jest jej oblubieniec.
Ojciec potraktował ją jak przedmiot,który ma swoją cenę. W tym przypadku mogło chodzić o korzystną umowę z sąsiednim państwem,sojusz polityczny zmieniający układ sił w regionie czy coś w tym stylu.Dlatego przypomniał sobie o córce,którą nie zajmował się przez 23 lata.Gdy przyjeżdżała do Bachanii na wakacje,prawie z nią nie rozmawiał,nigdy też , w przeciwieństwie do braci,nie zabierał jej w podróże ani nie dzwonił,kiedy wracała do matki,do Kalifornii,gdzie chodziła do szkoły.Jak mógł więc przypuszczać,że będzie mu posłuszna?
Nie chciała się spotykać z księciem trolli,jak w myślach nazwała wybranego przez ojca narzeczonego,dlatego uciekła na pustynię,by odnaleźć Miasto Złodziei.Nadzieje się nie spełniły,a zamiast tego została schwytana przez nomadów.Może ten książę trolli nie był jednak taki najgorszy?
-O czym myślisz?-usłyszała nagle.
Gdy otworzyła oczy,ujrzała,że przywódca nomadów stoi tuż przed nią.
-Planowałam wakacje,lecz inaczej je sobie wyobrażałam.
Odkrył głowę,a na sobie tylko bawełniane spodnie i tunikę,lecz wyglądał tak samo imponująco i groźnie.Jego sylwetka była doskonale widoczna na tle czarnego nieba.Sabrina,mimo że z całego serca nienawidziła swego prześladowcy,po prostu musiała go podziwiać.
-Masz odwagę wielbłąda-powiedział.
-Serdeczne dzięki.Wiem jak tchórzliwe są wielbłądy.
-Ach,więc coś jednak wiesz o pustyni.W takim razie co powiesz o odwadze pustynnego lisa?
-Przecież one wciąż uciekają.
-Rozumiesz więc o co mi chodzi.
Najchętniej pokazałaby mu język.
-Przyniosłem ci coś.
W tej chwili dotarły do niej wspaniałe zapachy.
-Kolacja?-starała się,by nadzieja nie brzmiała w jej głosie.
-Tak.-przykucnął,odstawił talerz i kubek na piasek,a potem pomógł jej usiąść.-Nie wiem jednak,czy mogę ci zaufać na tyle by cię rozwiązać.
Walczyła za sobą,by nie rzucić się na talerz i nie jeść z niego jak jakiś pies,a na myśl o wodzie gardło zapiekło ją jak rana.
-Przysięgam,że nie będę próbowała uciec.
Nomada usiadł na piasku obok niej.
-Dlaczego miałbym ci wierzyć?Wiem o tobie tylko tyle,że byle pchła jest do ciebie mądrzejsza.
-Mam dość tych zwierzęcych porównań.-Sabrina zmrużyła oczy.-To prawda ,straciłam konia i wielbłąda,ale nie ze swojej winy.Kiedy zbliżała się burza,próbowałam je uwiązać,a sama owinęłam się peleryną i usiadłam w kucki.Przeżyłam dzięki zdrowemu rozsądkowi.
-I również dzięki niemu znalazłaś się tu zupełnie sama?-podniósł z ziemi kubek.-A może podyskutujemy o utracie konia i wielbłąda?
-Niekoniecznie.-pochyliła się w stronę kubka,który nomada wyciągnął w jej stronę.
Woda była zimna i czysta.Sabrina łapczywie wypiła życiodajny płyn.
Potem przyszła pora na jedzenie.Nomada podniósł talerz.
-Naprawdę zamierzasz mnie karmić?-uniosła skrępowane ręce.-Jeżeli nie chcesz mnie rozwiązać, to przynajmniej pozwól mi jeść samej.-myśl,że całkiem obcy człowiek będzie dotykał jej jedzenia,wydawała się dziwaczna i niepokojąca.
-Zrób mi ten zaszczyt-zakpił i wziął z talerza kawałek mięsa.
piątek, 11 lipca 2014
Ważne
Jeśli ktoś czyta mojego bloga,bardzo proszę o komentarze bo to wielka motywacja dla mnie i dzięki temu mam więcej pomysłów na następne rozdziały.Pisze dla was,nie dla siebie i wasza opina jest dla mnie ważna. Każdy komentarz jest moim ulubionym i za każdy dziękuję bez względu, na to czy piszecie,że podobają się wam rozdziały czy,że warto coś zmienić.Jeszcze raz proszę o komentarze pod każdym przeczytanym rozdziałem.I z góry dziękuję.Do następnego!
wtorek, 8 lipca 2014
Rozdział 3
Jednak nie przewidziała,że istnieje jeszcze inny wariant jej przyszłych losów.
-Potrzebna mi niewolnica,nie wiem jednak,czy się na nią nadajesz.
Sabrina odwróciła się gwałtownie.Słowa te wypowiedział wysoki mężczyzna z ogorzałą od słońca twarzą i błyszczącymi oczami.Uśmiechał się...czy raczej naigrawał.
-Znasz angielski-stwierdziła,jakby nie było to zupełnie oczywiste.
-Za to ty nie mówisz językiem pustyni.W ogóle niewiele o niej wiesz,a to okrutna pani.-Jego twarz spoważniała-Co tutaj robisz sama jedna?
-To bez znaczenia.-Machnęła ręką.-Może mógłbyś mi pożyczyć konia?Chcę tylko dojechać do opuszczonego domu,przy którym zostawiłam samochód.
Mężczyzna wykonał ruch głową i jeden z jeźdźców zeskoczył z siodła.Sabrina odetchnęła.A więc jej życzenie zostanie spełnione,co oznaczało,że wysłuchano jej słów.W Bahanii było to zachowanie niezwykłe.Na ogół nie zwracano uwagi na to,co mówią kobiety...
Jednak srodze się rozczarowała,bo ten,który zsiadł z konia,zerwał z jej głowy chustę.Sabrina krzyknęła,a stojący wokół niej mężczyźni zamarli bez ruchu.
Wiedziała,w co się tak wpatrywali.Chodziło o jej włosy.O długie,spływające na plecy rude loki,które odziedziczyła po matce.Zaskakujące połączenie brązowych oczu,rudych włosów i skóry o barwie miodu często zwracało uwagę.Jednak tym razem jej uroda zrobiła wyjątkowo silne wrażenie.
Mężczyźni rozmawiali między sobą.Sabrina starała się zrozumieć,co mówią.
-Uważają,że powinienem cię sprzedać-odezwał się ten,który mówił po angielsku i najpewniej był przywódcą.Ogarnęła ją panika,ale nie pokazała tego po sobie.Wyprostowała ramiona i uniosła wysoko głowę.
-Chcecie pieniędzy?-Starała się,by w jej głosie nie zabrzmiała pogarda...lub żeby przynajmniej nie drżał.
-Kiedy się ma pieniądze,życie staje się łatwiejsze.Nawet tutaj.
-A gdzie się podziała tradycyjna życzliwość i gościnność ludzi pustyni?Czyż prawo twojej ziemi nie nakazuje,byś dobrze mnie traktował?
-Dla takich głupich jak ty czasami robimy wyjątek.-Skinął na mężczyznę stojącego obok Sabriny.
Ona jednak nie dała się złapać,tylko pędem ruszyła przed siebie.Było to działanie bezsensowne,jednak Sabrina zrobiła to pod wpływem czystego impulsu.Pragnęła znaleźć się jak najdalej od tych ludzi i tylko to dudniło jej w głowie.
Natychmiast usłyszała tętent,i nim zdołała przebiec kilkanaście kroków,poczuła na sobie stalowe dłonie,które wciągnęły ją na konia.
-Dokąd się wybierałaś?
-Puszczaj!
Próbowała się uwolnić,ale jedynym efektem szarpaniny było to,że zaplątała się w poły okrycia nomady.
-Jeśli się nie uspokoisz,każę cię związać i wlec za koniem.
Czuła ciepło bijące od jego silnego ciała.Był równie nieugięty jak pustynia.Takie już moje szczęście,pomyślała przygnębiona i przestała się szarpać.
Odgarnęła włosy z twarzy,rzuciła wściekłe spojrzenie i spytała:
-Czego ode mnie chcesz?
-Po pierwsze chciałbym,żebyś przestała wbijać mi kolano w żołądek.
Szybko zmieniła pozycję,by jej opięte w dżinsy kolano przestało nękać brzuch nomady.
Słońce skryło się już za horyzontem i Sabrina zrozumiała,jak głupio zrobiła,próbując ucieczki.Dogoniłaby pewną śmierć...Miała jednak powody,by użalać się nad sobą.Była głodna,spragniona i nie wiedziała,w jakich rękach się znajduje.
-A więc jednak można się z tobą dogadać.-Głos nomady wyraźnie złagodniał.-To najprzyjemniejsza cecha u kobiety.I bardzo rzadka.
-Chcesz powiedzieć,że bijąc swoje żony,nie zdołałeś nauczyć ich posłuszeństwa?To do prawdy zaskakujące.-Popatrzyła na niego ze złością.
Nomada zmrużył oczy,ale Sabrina postanowiła się tym nie przejmować.
Miał szerokie ramiona,a jego twarz była ciemna i twarda jak skała,której kształt nadały siekające piaskiem pustynne wichury.Głowę osłaniała chusta,nie mogła więc zobaczyć jego włosów.Z pewnością były jednak ciemne i dosyć długie.Zachowywał się jak ktoś przywykły do odpowiedzialności za wiele spraw.
-Jak na kobietę,która całkowicie jest zdana na moją łaskę,zachowujesz się albo niewiarygodnie odważnie,albo niewiarygodnie głupio.
-Raz już nazwałeś mnie głupią.I to nie słusznie,gdybyś chciał wiedzieć.
-Nie chcę wiedzieć.Zresztą,jak byś nazwała kogoś,kto bez przewodnika i zapasów wypuszcza się na pustynię?
-Miałam konia i jucznego wielbłąda!
-W tym problem.Miałaś.
Spostrzegła,że pozostali mężczyźni zabrali się do rozbijania obozu.Płonęło już nawet ognisko,nad którym bujał się kociołek.
-Macie wodę?-Sabrina oblizała wyschnięte wargi.
-W przeciwieństwie do ciebie zachowaliśmy nasze zapasy.
Nie mogła oderwać wzroku od wlewanej do kociołka wody.
-Proszę-wyszeptała.
-Nie tak szybko,mój ty pustynny ptaszku.Najpierw muszę się upewnić,że znów nie odlecisz.
-Przecież dobrze wiesz,że nie mam gdzie uciekać.
-A jednak próbowałaś.
Zsiadł z konia.Zanim zdążyła zsunąć się na ziemię,wydobył ze swoich przepastnych szat linę i chwycił Sabrinę za nadgarstki.
_________________________________________________________________________________
Dużo dłuższy od poprzedniego.Życzę miłego czytania.XD
-Potrzebna mi niewolnica,nie wiem jednak,czy się na nią nadajesz.
Sabrina odwróciła się gwałtownie.Słowa te wypowiedział wysoki mężczyzna z ogorzałą od słońca twarzą i błyszczącymi oczami.Uśmiechał się...czy raczej naigrawał.
-Znasz angielski-stwierdziła,jakby nie było to zupełnie oczywiste.
-Za to ty nie mówisz językiem pustyni.W ogóle niewiele o niej wiesz,a to okrutna pani.-Jego twarz spoważniała-Co tutaj robisz sama jedna?
-To bez znaczenia.-Machnęła ręką.-Może mógłbyś mi pożyczyć konia?Chcę tylko dojechać do opuszczonego domu,przy którym zostawiłam samochód.
Mężczyzna wykonał ruch głową i jeden z jeźdźców zeskoczył z siodła.Sabrina odetchnęła.A więc jej życzenie zostanie spełnione,co oznaczało,że wysłuchano jej słów.W Bahanii było to zachowanie niezwykłe.Na ogół nie zwracano uwagi na to,co mówią kobiety...
Jednak srodze się rozczarowała,bo ten,który zsiadł z konia,zerwał z jej głowy chustę.Sabrina krzyknęła,a stojący wokół niej mężczyźni zamarli bez ruchu.
Wiedziała,w co się tak wpatrywali.Chodziło o jej włosy.O długie,spływające na plecy rude loki,które odziedziczyła po matce.Zaskakujące połączenie brązowych oczu,rudych włosów i skóry o barwie miodu często zwracało uwagę.Jednak tym razem jej uroda zrobiła wyjątkowo silne wrażenie.
Mężczyźni rozmawiali między sobą.Sabrina starała się zrozumieć,co mówią.
-Uważają,że powinienem cię sprzedać-odezwał się ten,który mówił po angielsku i najpewniej był przywódcą.Ogarnęła ją panika,ale nie pokazała tego po sobie.Wyprostowała ramiona i uniosła wysoko głowę.
-Chcecie pieniędzy?-Starała się,by w jej głosie nie zabrzmiała pogarda...lub żeby przynajmniej nie drżał.
-Kiedy się ma pieniądze,życie staje się łatwiejsze.Nawet tutaj.
-A gdzie się podziała tradycyjna życzliwość i gościnność ludzi pustyni?Czyż prawo twojej ziemi nie nakazuje,byś dobrze mnie traktował?
-Dla takich głupich jak ty czasami robimy wyjątek.-Skinął na mężczyznę stojącego obok Sabriny.
Ona jednak nie dała się złapać,tylko pędem ruszyła przed siebie.Było to działanie bezsensowne,jednak Sabrina zrobiła to pod wpływem czystego impulsu.Pragnęła znaleźć się jak najdalej od tych ludzi i tylko to dudniło jej w głowie.
Natychmiast usłyszała tętent,i nim zdołała przebiec kilkanaście kroków,poczuła na sobie stalowe dłonie,które wciągnęły ją na konia.
-Dokąd się wybierałaś?
-Puszczaj!
Próbowała się uwolnić,ale jedynym efektem szarpaniny było to,że zaplątała się w poły okrycia nomady.
-Jeśli się nie uspokoisz,każę cię związać i wlec za koniem.
Czuła ciepło bijące od jego silnego ciała.Był równie nieugięty jak pustynia.Takie już moje szczęście,pomyślała przygnębiona i przestała się szarpać.
Odgarnęła włosy z twarzy,rzuciła wściekłe spojrzenie i spytała:
-Czego ode mnie chcesz?
-Po pierwsze chciałbym,żebyś przestała wbijać mi kolano w żołądek.
Szybko zmieniła pozycję,by jej opięte w dżinsy kolano przestało nękać brzuch nomady.
Słońce skryło się już za horyzontem i Sabrina zrozumiała,jak głupio zrobiła,próbując ucieczki.Dogoniłaby pewną śmierć...Miała jednak powody,by użalać się nad sobą.Była głodna,spragniona i nie wiedziała,w jakich rękach się znajduje.
-A więc jednak można się z tobą dogadać.-Głos nomady wyraźnie złagodniał.-To najprzyjemniejsza cecha u kobiety.I bardzo rzadka.
-Chcesz powiedzieć,że bijąc swoje żony,nie zdołałeś nauczyć ich posłuszeństwa?To do prawdy zaskakujące.-Popatrzyła na niego ze złością.
Nomada zmrużył oczy,ale Sabrina postanowiła się tym nie przejmować.
Miał szerokie ramiona,a jego twarz była ciemna i twarda jak skała,której kształt nadały siekające piaskiem pustynne wichury.Głowę osłaniała chusta,nie mogła więc zobaczyć jego włosów.Z pewnością były jednak ciemne i dosyć długie.Zachowywał się jak ktoś przywykły do odpowiedzialności za wiele spraw.
-Jak na kobietę,która całkowicie jest zdana na moją łaskę,zachowujesz się albo niewiarygodnie odważnie,albo niewiarygodnie głupio.
-Raz już nazwałeś mnie głupią.I to nie słusznie,gdybyś chciał wiedzieć.
-Nie chcę wiedzieć.Zresztą,jak byś nazwała kogoś,kto bez przewodnika i zapasów wypuszcza się na pustynię?
-Miałam konia i jucznego wielbłąda!
-W tym problem.Miałaś.
Spostrzegła,że pozostali mężczyźni zabrali się do rozbijania obozu.Płonęło już nawet ognisko,nad którym bujał się kociołek.
-Macie wodę?-Sabrina oblizała wyschnięte wargi.
-W przeciwieństwie do ciebie zachowaliśmy nasze zapasy.
Nie mogła oderwać wzroku od wlewanej do kociołka wody.
-Proszę-wyszeptała.
-Nie tak szybko,mój ty pustynny ptaszku.Najpierw muszę się upewnić,że znów nie odlecisz.
-Przecież dobrze wiesz,że nie mam gdzie uciekać.
-A jednak próbowałaś.
Zsiadł z konia.Zanim zdążyła zsunąć się na ziemię,wydobył ze swoich przepastnych szat linę i chwycił Sabrinę za nadgarstki.
_________________________________________________________________________________
Dużo dłuższy od poprzedniego.Życzę miłego czytania.XD
czwartek, 3 lipca 2014
Rozdział 2
Po 30 min. marszu Sabrina myślała tylko o tym,by jakimś cudem zajechała tu taksówka,po następnym kwadransie była gotowa sprzedać duszę za szklankę wody,a po kolejnym ostatecznie do niej dotarło,że zbliża się śmierć.Od pyłu i suchego powietrza piekły ją oczy,gardło bolało jak otwarta rana,a wysuszona skóra wydawała się za ciasna.
Zasnąć i umrzeć,marzyła.Znając jednak swoje szczęście,podejrzewała,że będzie konać długo i w mękach.
W promieniach zachodzącego słońca pojawiły się przed nią falujące oazy,a nawet cudowny wodospad.
Starała się jednak ignorować pustynne majaki,które wabią ku sobie wędrowców,by zeszli ze szlaku ku niechybnej śmierci.
W końcu jej oczom ukazało się kilku jeźdźców.Wyraźnie zmierzali w jej kierunku.Następna fatamorgana?
Ale przecież ziemia drży pod uderzeniami końskich kopyt!
Utkwiła rozgorączkowany wzrok w jeźdźcach.Czyżby nadchodził ratunek?
Sabrina spędziła letnie wakacje w Bahanii, u swojego ojca,by poznać życie jego poddanych.Jednak ojciec nie zadał sobie najniejszego trudu,żeby jej w tym pomóc,dlatego była skazana na wiedzę pochodzącą od służby.Między innymi dowiedziała się,że na pustyni można zawsze liczyć na życzliwość i gościnność innych ludzi.Jest to odwieczny i uświęcony obyczaj.
Sabrina chodziła jednak do szkoły w Los Angeles,gdzie dbanie o bezpieczeństwo jest sprawą podstawową. Pokojówka jej matki wciąż jej przypominała,że nie wolno zadawać się z obcymi,a już szczególnie z mężczyznami.Co w takim razie powinna teraz zrobić?Oczekiwać pomocy czy raczej uciekać?Tylko dokąd miała uciekać?
Jeźdźcy stawali się coraz lepiej widoczni.Ubrani byli w tradycyjne galabije i burnusy,których długie poły powiewały za plecami.Sabrina rozpoznała,że konie należą do rasy hodowanej w Bahanii,specjalnie przystosowanej do życia na pustyni.
Stłumiła narastający niepokój.Będzie żyła,i tylko to teraz się liczyło.
-Witajcie!-zawołała,kiedy mężczyźni byli już blisko niej.Starała się,by jej głos brzmiał pogodnie i pewnie,ale wysuszone gardło i strach temu przeszkodziły.-Zaskoczyła mnie burza i zabłądziłam.Nie widzieliście gdzieś konia i wielbłąda?
Jeźdźcy okrążyli ją,rozmawiając w języku,którego nie rozumiała,lecz potrafiła rozpoznać.Byli to nomadowie.Nie wiedziała czy to dobrze,czy źle.
Jeden z nich wskazał na nią ruchem ręki.Sabrina nie drgnęła nawet wtedy,gdy kilku z nich podjechało tak blisko,że konie prawie jej dotykały.Gorączkowo rozważała,czy przyznać się,kim jest.Nomadowie powinni pozytywnie zareagować na imię jej ojca,poza tym przestrzegali świętego prawa gościnności.Jeżeli jednak są przebranymi za nomadów bandytami,to będą chcieli dostać za nią okup.Tak czy inaczej,jeśli przedstawi się jako Sabrina Johnson vel Sabra,księżniczka Bahanii,z pewnością zrobi to na nich wrażenie,kimkolwiek by byli.
Nie zmieniało to faktu,że na koniec mogą jej poderżnąć gardło,a ciało zostawią sępom na pożarcie. Jeśli okażą się łaskawi, zrobią to od razu,a jeśli nie,to nieco później...
Wiem,bardzo krótki,ale teraz jestem na wakacjach więc nie mam za dużo czasu.Wybaczcie!
Zasnąć i umrzeć,marzyła.Znając jednak swoje szczęście,podejrzewała,że będzie konać długo i w mękach.
W promieniach zachodzącego słońca pojawiły się przed nią falujące oazy,a nawet cudowny wodospad.
Starała się jednak ignorować pustynne majaki,które wabią ku sobie wędrowców,by zeszli ze szlaku ku niechybnej śmierci.
W końcu jej oczom ukazało się kilku jeźdźców.Wyraźnie zmierzali w jej kierunku.Następna fatamorgana?
Ale przecież ziemia drży pod uderzeniami końskich kopyt!
Utkwiła rozgorączkowany wzrok w jeźdźcach.Czyżby nadchodził ratunek?
Sabrina spędziła letnie wakacje w Bahanii, u swojego ojca,by poznać życie jego poddanych.Jednak ojciec nie zadał sobie najniejszego trudu,żeby jej w tym pomóc,dlatego była skazana na wiedzę pochodzącą od służby.Między innymi dowiedziała się,że na pustyni można zawsze liczyć na życzliwość i gościnność innych ludzi.Jest to odwieczny i uświęcony obyczaj.
Sabrina chodziła jednak do szkoły w Los Angeles,gdzie dbanie o bezpieczeństwo jest sprawą podstawową. Pokojówka jej matki wciąż jej przypominała,że nie wolno zadawać się z obcymi,a już szczególnie z mężczyznami.Co w takim razie powinna teraz zrobić?Oczekiwać pomocy czy raczej uciekać?Tylko dokąd miała uciekać?
Jeźdźcy stawali się coraz lepiej widoczni.Ubrani byli w tradycyjne galabije i burnusy,których długie poły powiewały za plecami.Sabrina rozpoznała,że konie należą do rasy hodowanej w Bahanii,specjalnie przystosowanej do życia na pustyni.
Stłumiła narastający niepokój.Będzie żyła,i tylko to teraz się liczyło.
-Witajcie!-zawołała,kiedy mężczyźni byli już blisko niej.Starała się,by jej głos brzmiał pogodnie i pewnie,ale wysuszone gardło i strach temu przeszkodziły.-Zaskoczyła mnie burza i zabłądziłam.Nie widzieliście gdzieś konia i wielbłąda?
Jeźdźcy okrążyli ją,rozmawiając w języku,którego nie rozumiała,lecz potrafiła rozpoznać.Byli to nomadowie.Nie wiedziała czy to dobrze,czy źle.
Jeden z nich wskazał na nią ruchem ręki.Sabrina nie drgnęła nawet wtedy,gdy kilku z nich podjechało tak blisko,że konie prawie jej dotykały.Gorączkowo rozważała,czy przyznać się,kim jest.Nomadowie powinni pozytywnie zareagować na imię jej ojca,poza tym przestrzegali świętego prawa gościnności.Jeżeli jednak są przebranymi za nomadów bandytami,to będą chcieli dostać za nią okup.Tak czy inaczej,jeśli przedstawi się jako Sabrina Johnson vel Sabra,księżniczka Bahanii,z pewnością zrobi to na nich wrażenie,kimkolwiek by byli.
Nie zmieniało to faktu,że na koniec mogą jej poderżnąć gardło,a ciało zostawią sępom na pożarcie. Jeśli okażą się łaskawi, zrobią to od razu,a jeśli nie,to nieco później...
Wiem,bardzo krótki,ale teraz jestem na wakacjach więc nie mam za dużo czasu.Wybaczcie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)