czwartek, 3 lipca 2014

Rozdział 2

Po 30 min. marszu Sabrina myślała tylko o tym,by jakimś cudem zajechała tu taksówka,po następnym kwadransie była gotowa sprzedać duszę za szklankę wody,a po kolejnym ostatecznie do niej dotarło,że zbliża się śmierć.Od pyłu i suchego powietrza piekły ją oczy,gardło bolało jak otwarta rana,a wysuszona skóra wydawała się za ciasna.
Zasnąć i umrzeć,marzyła.Znając jednak swoje szczęście,podejrzewała,że będzie konać długo i w mękach.
W promieniach zachodzącego słońca pojawiły się przed nią falujące oazy,a nawet cudowny wodospad.
Starała się jednak ignorować pustynne majaki,które wabią ku sobie wędrowców,by zeszli ze szlaku ku niechybnej śmierci.
W końcu jej oczom ukazało się kilku jeźdźców.Wyraźnie zmierzali w jej kierunku.Następna fatamorgana?
Ale przecież ziemia drży pod uderzeniami końskich kopyt!
Utkwiła rozgorączkowany wzrok w jeźdźcach.Czyżby nadchodził ratunek?
Sabrina spędziła letnie wakacje w Bahanii, u swojego ojca,by poznać życie jego poddanych.Jednak ojciec nie zadał sobie najniejszego trudu,żeby jej w tym pomóc,dlatego była skazana na wiedzę pochodzącą od służby.Między innymi dowiedziała się,że na pustyni można zawsze liczyć na życzliwość i gościnność innych ludzi.Jest to odwieczny i uświęcony obyczaj.
Sabrina chodziła jednak do szkoły w Los Angeles,gdzie dbanie o bezpieczeństwo jest sprawą podstawową.  Pokojówka jej matki wciąż jej przypominała,że nie wolno zadawać się z obcymi,a już szczególnie z mężczyznami.Co w takim razie powinna teraz zrobić?Oczekiwać pomocy czy raczej uciekać?Tylko dokąd miała uciekać?
Jeźdźcy stawali się coraz lepiej widoczni.Ubrani byli w tradycyjne galabije i burnusy,których długie poły powiewały za plecami.Sabrina rozpoznała,że konie należą do rasy hodowanej w Bahanii,specjalnie przystosowanej do życia na pustyni.
Stłumiła narastający niepokój.Będzie żyła,i tylko to teraz się liczyło.
-Witajcie!-zawołała,kiedy mężczyźni byli już blisko niej.Starała się,by jej głos brzmiał pogodnie i pewnie,ale wysuszone gardło i strach temu przeszkodziły.-Zaskoczyła mnie burza i zabłądziłam.Nie widzieliście gdzieś konia i wielbłąda?
Jeźdźcy okrążyli ją,rozmawiając w języku,którego nie rozumiała,lecz potrafiła rozpoznać.Byli to nomadowie.Nie wiedziała czy to dobrze,czy źle.
Jeden z nich wskazał na nią ruchem ręki.Sabrina nie drgnęła nawet wtedy,gdy kilku z nich podjechało tak blisko,że konie prawie jej dotykały.Gorączkowo rozważała,czy przyznać się,kim jest.Nomadowie powinni pozytywnie zareagować na imię jej ojca,poza tym przestrzegali świętego prawa gościnności.Jeżeli jednak są przebranymi za nomadów bandytami,to będą chcieli dostać za nią okup.Tak czy inaczej,jeśli przedstawi się jako Sabrina Johnson vel Sabra,księżniczka Bahanii,z pewnością zrobi to na nich wrażenie,kimkolwiek by byli.
Nie zmieniało to faktu,że na koniec mogą jej poderżnąć gardło,a ciało zostawią sępom na pożarcie. Jeśli okażą się łaskawi, zrobią to od razu,a jeśli nie,to nieco później...


Wiem,bardzo krótki,ale teraz jestem na wakacjach więc nie mam za dużo czasu.Wybaczcie!

1 komentarz:

Komentarz-największa motywacja;*